Dzisiejszy post na szybko naskrobany między zajęciami jest wyrazem mojego wielkiego zdziwienia rzeczywistością funkcjonującą poza moim umysłem. Otóż dzisiejsza rozmowa z panią obsługującą w pewnym poznańskim bistro promującym zdrową żywność wprawiła mnie w osłupienie…

Informacja numer jeden

Ikonka nad tekstem jest żartem mojego Grafika, który usłyszał dziś ode mnie prośbę o „byle jaką ikonkę do posta, na teraz”. Wybaczcie.

Informacja numer dwa, pierwsza istotna

Jako studentka międzywydziałowa, muszę sobie radzić z licznymi „okienkami”, w trakcie których – pomimo mieszkania dość blisko uczelni, nie opłaca mi się wracać do domu na przyrządzony w naszej cudownej kuchni jarski bigosik czy tartę z brokułem. W związku z tym, jako że nie każdą tego typu kilkugodzinną przerwę mam ochotę spędzać w wydziałowej bibliotece, przyszło mi szukać lokali gastronomicznych serwujących lancze, brancze, popularne obiadki, studenckie pierożki. Do tej pory wraz z M. świetnie radziliśmy sobie korzystając z oferty dań wegetariańskich w naleśnikarni „Manekin”. Jednak stało się. Wycofali naszą ulubioną lasagnę wegetariańską. To koniec :(.

Informacja numer trzy, druga istotna

Nie nazwałabym się wegenazistką. Do czerwca tego roku z powodzeniem pochłaniałam schaboszczaki, paróweczki, kotleciki i wędlinki. Potem nastąpiła cezura i wraz z przenosinami do stolicy Wielkopolski zmieniłam swoją dietę na wegetariańską, a że staram się być konsekwentna w swoich decyzjach, kupując ciasteczka sprawdzam, czy nie zawierają żelatyny, unikam kapsułek i kosmetyków testowanych na zwierzętach. Nie uważam natomiast,  że mleko ma kolor krwi a zjedzenie jajka jest jak aborcja na kurach, nie doszukuję się też składników odzwierzęcych przy produkcji kakao Puchatek. Nienienie.

Dziś rano…

W związku z wspomnianym wyżej kryzysem naszego związku z restauracją Manekin, w trakcie jednego z takowych okienek dziś postanowiłam wybrać się na obiad do losowo wybranego drogą spaceru baru, aby – być może – znaleźć następcę dla naleśnikarni. Warunek: obiad do 10 złotych, bez mięsa (w tym ryb) i smalcu. Jako że poszukiwanie taniego punktu ksero zawiodło mnie na słynną ulicę Taczaka, postanowiłam skorzystać z oferty lokalu, który przykuł moją uwagę już jakiś czas temu (jednak nie miałam okazji tam wcześniej być). Lokal ten ma caaałą zieloną fasadę, nazywa się „Bistro Friendly Food”, reklamuje się jako bar podający produkty bezglutenowe i zdrową żywność, dla (cytat za stroną internetową lokalu) „świadomych konsumentów”.

Zaułki wegetarianizmu, czyli czy weganie jedzą łososia

Korzystając więc z okazji weszłam, zaaprobowałam design i spojrzałam w ofertę. Ponieważ w oczy rzuciła mi się jedynie kanapka z pastą jajeczną jako względnie etyczne rozwiązanie, poprosiłam o pomoc panią za ladą. Na pytanie o kanapkę wegetariańską na zimno stwierdziła, że tańsze są grzanki i zaproponowała… łososia. Odparłam grzecznie,  że łosoś nie jest wegetariański, na co otrzymałam odpowiedź, że to chyba kwestia przekonań, ponieważ u nich pracuje wegetarianka, która je ryby. I że ryb to nie jedzą weganie. Z sugestią, że jestem nieznającym się na rzeczy tłukiem… W końcu usłyszałam pytanie, czy „jajka mogą być”. Mówię, że mogą, ale czy może mają coś jeszcze w ofercie? No na zimno kanapkę z pastą albo grzankę. Podziękowałam i poszłam sobie, jako że nie przepadam za pastą jajeczną.

Pierogarka

Po wyjściu udałam się za róg do małego, taniego baru z pierogami, urządzonego w stylu rustykalnym i niezbyt wyszukanym, gdzie uprzejmy pan za ladą poinformował mnie, że naleśniki z pieczarkami nie zawierają składników zwierzęcych. Zjadłam ze smakiem i bez stresu, i nikt mnie nie indroktynował, że wegetarianie jedzą ryby. Bo ryba to nie mięso, bo przecież w piątek rybę się je. Za 9 złotych zjadłam 3 naleśniki z sosem śmietanowym, podane w estetyczny sposób przez miłą obsługę.

Konkluzja

Przez około pięć miesięcy mojego wegetarianizmu pierwszy raz (poza wizytą u dziadków) spotkałam się z tego typu problemami. Nie wiem, co mieli na myśli założyciele lokalu „Friendly Food” i dla kogo – poza osobami na diecie bezglutenowej, wyłączając bezglutenowych wegetarian i wegan – proponowane przez nich jedzenie jest przyjazne. Nie mówiąc już o obsłudze, która tyle wie o świadomym jedzeniu, co przeczytała na stronie internetowej knajpy i dowiedziała się od koleżanki, która twierdzi,  że jest wegetarianką.

Miejsce polecam lubiącym łososia wegetarianom oraz weganom, dla których jajka mogą być. :-)

Trwają dalsze poszukiwania miejsca, gdzie będę mogła udać się w trakcie okienka, w okolicach ulicy Niepodległości. Uprzedzając pytania – zniechęcona doświadczeniem z unfriendly food, nie zaszłam do baru wegetariańskiego przy Taczaka. Fizjonomia nie zachęca, ale jak pokazuje przykład wspomnianego lokalu, liczy się wnętrze. Niekoniecznie dizajnerskie.

Szanowni Poznaniacy, jakieś sugestie?