To był absolutnie bezbłędny pomysł, zaspać na tamten autobus, a zdążyć na ten pociąg. Cudem zresztą się udało (z zaspaniem łatwiej). Pogoda złotojesienna, półpusty wagon, stuk-stuk, stuk-stuk. Przez okno patrzyłam na las i na dworzec w Puszczykowie. Wszystko takie ładne, takie ładne. Pojechałabym w góry takim pociągiem. 

Przy torach dom. W domu mieszka ktoś. W oknie wietrzy się pościel, a gdy wjechaliśmy na stację, przybiegła gospodyni spojrzeć przez to okno na nas. My na nią. Dawno nie wchodziłam zmarznięta pod taką przewietrzoną pościel, z pierza ciepłą pościel w zimnym świecie, w innym świecie, gdzie była cisza, choinka świeża i wielka, lampki grające kolędy (przyniesione z Goerlitz) i – przynajmniej z mojej strony – wszystko było normalnie.

M. przeczytał wczorajszy poranny post i stwierdził: też się obudziłaś, zaraz śnieg spadnie, a ty o jesieni gadasz. Oby, oby, oby. Każda nowa pora roku to coś dobrego.

Czytam Dziennik Pilcha. Połknę tomisko zanim dojadę do domu. Dobrze jest czasem trafić przypadkowo do Empiku. Przypadek, wypadek. Stuk-stuk.

Ten poranek jest idealny. Doskonały. Przypadkiem stał się najlepszy. Poranki w pociągach i podglądanie ludzi patrzących w okno to moje ulubione zajęcia dziś. A zaczęło się od tego, że E. kazał mi założyć płaszcz, bo zimno. I od tego, że z drzewa w podwórzu spadły żółte liście.

Nie, zaczęło się od tego, że powiedziałam Oli, że przywiozę jej ciasto,  a gdy wstałam rano, współlokatorzy właśnie wyjadali na śniadanie okruszki z blachy. Przykro mi, Ola.

Pilch pisze o śmierci. O górniczym mundurze w trumnie, o Iwaszkiewiczu w trumnie, w górniczym mundurze, o mundurze ojca, o śmierci książek w jego pamięci. Zawsze, jak czytam Pilcha, myślę o pamięci.

Zamyśliłam się, próbując dokończyć kolejne zdanie, a za oknem zobaczyłam małą sarnę. Z rogami, więc chyba małego jelenia. Just perfect.

Trainthoughts

Miłego, miłego dnia.